Homo emotionus
09.09.2009, 09:23,
Niepojęte jest pragnienie współczesnego człowieka bycia oryginalnym i jednoczesne dryfowanie w monotonnym nurcie pospolitych gustów. Pospolitych, nie znaczy ani tanich, ani jednolitych.
Pstrokacizna oferowanych towarów i usług jest nieograniczona, różnorodność zaś pozorna. Bo jaka jest różnica czy spędzamy wakacje w ośrodku z basenem w Turcji, Tunezji, czy na Dominikanie? Czy nie aby tylko hamletowski dylemat: drinks included or not included?
By być oryginalnym, należałoby spędzić urlop na Spitzbergenie lub w Wenecji pod Gnieznem. W przypadku Spitzbergenu przydałby się mniej lub bardziej przekonywujący mit o pielęgnowanej od dzieciństwa tęsknocie do ascetycznej przyrody subborealnej. Podpowiem, że aplauz może wzbudzić wyznanie o naszej miłości do pingwinów. W przypadku lokalnej Wenecji ryzykujemy pomówienie o posiadanie węża w kieszeni. W tym wypadku bezpieczniej jest wybrać wypoczynek w Międzyzdrojach.
Ta przygrywka wakacyjna ma być przykładem, co obecnie motywuje ludzkie decyzje. Nie jest to indywidualizm, lecz motywacja kierowana tym, co robią inni, i jak nas postrzegają. Indywidualizm, a jak kto woli personalizm czy po prostu rozsądek, kieruje się tym, czego naprawdę pragnę dla siebie, co jest dobre dla mnie i moich bliskich, a potem także i dla otoczenia. Wymaga to spokojnego rozważenia, czyli użycia serca i rozumu, współcześnie prawie bezrobotnych atrybutów człowieka. Za to na drugim biegunie pracują na najwyższych obrotach emocje, napędzane presją otoczenia, podgrzewane przez speców od marketingu. Nakręcane przez różnej maści handlarzy idei, oferujących towar zgrany jak talia kart w akademiku. Popędzany emocjami, czuły na percepcję otoczenia, nasz homo emotionus, chcąc nie chcąc, robi to co wszyscy, czyli wpisuje się w szablon.
Wracając do tematu wakacji, zastanawia fakt, że wiele rodzin nie potrafi samodzielnie wypoczywać i nerwowo poszukuje asysty znajomych w wakacyjnych wojażach. Tak naprawdę coraz więcej ludzi nie potrafi już i nie chce spędzać czasu ze swoimi bliskimi, bo większość czasu i emocji angażuje poza domem: w pracy, szkole, spotkaniach towarzyskich; na wyjazdach, szkoleniach, integracjach. Opinie z tych środowisk determinują większość decyzji życiowych. Tych błahych, jak i ważkich.
Ponieważ tekst pretenduje do wagi lekkośredniej, pozostańmy przy decyzjach błahych; tym razem z branży budowlanej, a ściśle, wykańczania wnętrz.
Któż z nas nie słuchał opowieści o remontach, wyposażaniu, poszukiwaniu wzoru i koloru, no i historii o wyczynach ekip fachowców - rzecz jasna. Największe emocje i najdłuższe opowieści towarzyszą tematowi glazura i terakota, czyli tak zwanym kafelkom. Często przy akompaniamencie fugi, której to pani domu dobrać ciągle nie może. Czasy teraz takie, że słowo fuga kojarzy się prawie wyłącznie ze szparką między płytkami. Na stwierdzenie, że najpiękniejsze są fugi Bacha, może paść pytanie: a czy można ją kupić w Castoramie. Mniejsza o fugi, te na podłodze czy barokowe Jana Sebastiana. Ceramika w domu jest wspaniałą materyją i pożądaną, wyłącznie moim zdaniem, w ciepłym klimacie południowym. Czyli tam, skąd się wywodzi: z krajów śródziemnomorskich. W Polsce, gdzie ponad pół roku panuje dotkliwy chłód, jest to pomyłka. Ktoś jednak dobrze podziałał na emocje Polaków, że tak zawzięcie kafelkują swoje domostwa od stóp do głów. Tak robią wszyscy i to chyba jedyny argument za.
Właśnie, zanim rozpoczniemy remont, na przykład łazienki, spróbujmy zasiąść w fotelu, zgasić telewizor i z ręką na sercu spokojnie zastanowić się, czego tak naprawdę potrzebują nasze umęczone organizmy i zestresowane dusze.
Spróbuję odpowiedzieć: ciepłego przytulnego wnętrza, gdzie nie wykopyrtnę się i nie stłukę dotkliwie kolana z byle powodu; gdzie będę stąpał śmiało gołą, a do tego mokrą stopą i odczuwał przy tym przyjazne ciepło. Gdzie przed przyjściem ważnych gości, nie będę tropił każdego włosa i nacierał areałów powierzchni eliksirem nabłyszczającym, by usłyszeć (bądź nie) upragnione oh! i ach! By wreszcie za parę dni usłyszeć ponownie, (życzliwie przekazane) prawdziwe comments ważnych gości, a że nieco przypomina toaletę, pardon, publiczną...
Czyli co, nie kafelki? Jakże to?!
Rozumiem, trudno się z tym pogodzić. Pomyślmy jednak: drewniane ciepłe deski na podłodze i ściana gipsowa z tapetą w delikatne różowe paski. Zostanie nam jeszcze na butelkę dobrego wina, by uczcić pierwszą gorącą kąpiel. A może i na bilet do Włoch, by podziwiać dzieła mistrzów ceramiki. Spieszmy się, by być naprawdę oryginalnym i rozsądnym, zanim inni nas uprzedzą.
Rubinowicz
lipiec 2003
tekst opublikowany w magazynie "Opcja na prawo"