Edukacja domowa - jak uczyć?

18.11.2010, 22:38,

Rozważając nauczanie domowe swoich dzieci rodzice najczęściej wskazują organizację nauki i własne ograniczone umiejętności jako główną przeszkodę w podjęciu tej słusznej decyzji. No to może ktoś podpowie jak to robić i będziemy mieli problem rozwiązany?


Tak, spróbujemy odpowiedzieć na te wątpliwości.

 

Przyczyny rzeczywiste
Zanim przejdziemy do odpowiedzi jak uczyć w domu, konieczna jest dygresja. Żyjemy w czasach chronicznego i katastrofalnego deficytu prawdy. Także prawdy o samym sobie. Ludzie podejmują lub zaniechają różnych decyzji, mają takie czy inne przekonania lub nie zawracją sobie głowy przekonaniami, podejmują wiele działań. Prawie wszystkich łączy jedno - potrafią błyskawicznie zracjonalizować swoją postawę, błyskotliwie uzasadnić ją i przedstawić w taki sposób, że wydaje się ona być jedyną, roztropną, najlepszą i bezalternatywną. Niestety, najczęściej te uzasadnienie jest dalekie lub bardzo dalekie od prawdy. Trudno powiedzieć, skąd bierze się ta przypadłość. Czy z gapienia w telewizor, czy z czytania bzdurnych książek i gazet, czy z wieloletniej szkolnej tresury w uprawianiu mimikry, czy też z dostosowania się do wymogów świata? A może z zaniechania głoszenia prawdy przez, do tego, powołanych? Wszystkie przyczyny razem, ze szczególnym wskazaniem na tą ostatnią.

 
Co to ma wspólnego z nauczaniem domowym? Ano to, że najpierw trzeba stanąć w prawdzie przed sobą i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie chcemy nauczać dziecka w domu?
Czy dlatego, że pozbycie się dziecka na wiele godzin z domu jest po prostu wygodne? A nie jest? Oczywiście, że jest!
Czy dlatego, że nie chcemy zmieniać swoich przyzwyczajeń i nie chce nam się podejmować tego trudu?
Czy dlatego, że wierzymy, iż banały "wykładane" w podstawówce , będą lepiej przekazane przez "specjalistów"? A "materiał do przerobienia" w gimnazjum i liceum wymaga specjalnej wiedzy?
Czy dlatego, że wierzymy w zabobony o "uspołecznieniu" dziecka w gromadzie rówieśników?
Czy dlatego, że w szkolnych świadectwach i innych papierkach upatrujemy klucza do szczęścia naszego i naszych dzieci?
Czy uważamy, że instytucje lepiej zajmują się dziećmi niż rodzina?
Czy uważamy, że są ważniejsze sprawy niż wychowanie własnych dzieci?
A może przebywanie długo z własnymi dziećmi po prostu nuży nas i tęsknimy za światem i jego blichtrem?
Dodając do tego wszystkiego nieuleczalny, po ludzku, lęk przed brakiem mamony i histeryczne pragnienie "wyrwania" się kobiet z domu, robienia "czegoś dla siebie", bo ona "nie po to tyle lat się uczyła, żeby teraz...." itd.itd., otrzymujemy przeciętny obraz rodziny.
Ale przecież przeciętne rodziny nie zawracają sobie głowy nauczaniem domowym. Jedynie mały promil to rozważa. Słusznie, ale ten promil rodzin też żyje w świecie i jest dotknięty jego trującymi wyziewami.
Jeśli te pytania nie dotyczą nas, a gnębi nas lęk, że nie poradzimy sobie z uczeniem dziecka w domu, to zaraz spróbujemy rozprawić się z tym zabobonem.

 

Jak uczyć?
Uczymy dla życia, o czym pięknie mówi łacińska sentencja "Non scholae, sed vitae discimus ". Uczymy się nie dla szkoły, ale dla życia. Dodajmy, że uczymy nie tylko dla życia doczesnego, ale przede wszystkim wiecznego. Uczymy katechizmu, uczymy wypełniania obowiązków, wykonywania prac domowych, odpowiedzialności za proste a jakże ważne codzienne czynności, uczymy relacji z innymi ludźmi, dotrzymywania słowa, punktualności, higieny, dobrych manier i tysięcy spraw, które są ważne i najważniejsze. Uczymy życia nasze dzieci, a przy tym sami uczymy się żyć, niejako od nowa.
My tu o imponderabiliach, o sprawach najważniejszych, a każdy wie, że miało być o uczeniu, ale takim szkolnym, państwowym. O realizacji podstawy programowej... . W takim razie zaczynamy jeszcz raz, z tym że musimy zmodyfikować łacińskie motto na zdanie o znaczeniu przeciwnym: "Non vitae, sed scholae descimus" czyli uczymy się nie dla życia, tylko dla szkoły. Przesada? Nie, niestety. Mechanizm państwowego systemu degeneruje model edukacji do zaliczania testów i sprawdzianów, co błędnie utożsamiane jest z wiedzą, a często wymaga jedynie namiastki wiedzy, miernej orientacji lub zwykłego kombinatorstwa. Te ostatnie, przymusowa szkoła tak głęboko zakorzenia w mentalności młodych ludzi. Szkoły po kilkunastu latach "edukacji" wypuszczają w świat gromady młodych barbarzyńców, o zerowej wiedzy, z ograniczoną umiejętnością czytania i pisania, bez kultury i ogłady, o "zainteresowaniach" z gatunku sport, film, muzyka, smsy i bycie modelką. To znaczy, że ci młodzi ludzie byli potrzebni szkole a nie szkoła im. A rodzice w tym czasie byli bardzo zajęci innymi sprawami.
Chcąc uniknąć takiej sytuacji, sami bierzemy się za uczenie naszych dzieci nie tylko spraw najważniejszych ale także "podstawy programowej", której "wymaga" system.

 

Nauka "pod szkołę"
Nikt rozumny nie podważa potrzeby bardzo dobrej, dobrej lub podstawowej znajomości matematyki, literatury, geografii, języka ojczystego, historii i innych dziedzin wiedzy, ale prawdziwej a nie statystycznej, określanej kluczem do testów. Z powodu owych "systemowych wymogów", ale przede wszystkim z naszej rodzicielskiej troski o edukację dzieci, zabieramy się także za "podstawę programową". Niestety motywem przewodnim nauczania są państwowe wymogi i ich urzędnicza interpretacja, która bardzo często rozmija się z tym, co rodzice uznają za istotne dla swoich dzieci.
Póki co, w tej sprawie rodzice nie mają nic do gadania. Muszą realizować wytyczne i już.
Uzbrojeni w podstawę programową i wymogi lokalnej szkoły, załatwione formalności związane z edukacją domową, rozpoczynamy zmagania. Program szkoły podstawowej nie powinien nastręczać trudności, chociaż specjalnie dla dzieci nauczanych domowo często wymyśla się pokrętne zadania, podchwytliwe testy i inne utrudnienia. Stąd przed przystąpieniem do nauki, trzeba uświadomić sobie i dziecku kilka spraw: nauka szkolna jest ważna ale nie jest najważniejsza, uczymy się solidnie i ze zrozumieniem - jeśli coś jest niejasne - pytać i drążyć, zakres nauczania musimy ukierunkować pod wymogi egzaminacyjne, by nie tracić czasu na zbędne detale. Sprawa absolutnie zasadnicza - żadnego ambitnego przerabiania więcej, szerzej, wybiegania do przodu, szkoda czasu i życia. Program szkolny jest krańcowo przeładowany i próba wchłonięcia go skończy się chaosem i zniechęceniem. Skupić się na tym, co wymaga szkoła, a konkretnie, nauczyciele z danych przedmiotów, o co wcześniej trzeba się dobrze dopytać. Celem jest zdanie egzaminów w miarę bezboleśnie i pozostawienie sobie jak najwięcej czasu na prawdziwe życie i ewentualnie na naukę tego, co uważamy za dobre dla naszego dziecka, co je pasjonuje i daje radość. To jest jednak inna rzeczywistość, którą teraz się nie zajmujemy. Unikamy jak ognia jakiegokolwiek konkurowania, porównywania, czy określania oczekiwań co do ocen, rankingu itd. Dzieci szkolne z natury systemu mają wstręt do nauki. Oszczędźmy tego naszym dzieciom, zachowajmy ich naturalną ciekawość świata, która jest naszym wielkim sprzymierzeńcem w edukacji. Musimy dziecko uważnie obserwować. Jeśli jest zmęczone, skończyć naukę, jeśli czegoś nie rozumie, dać spokój, zostawić na później. Każde dziecko jest inne. Matka wychowująca je w domu, dostrzega talenty, słabości, niuanse niedostrzegalne dla mam zabieganych światowymi sprawami. Stąd nauczanie każdego dziecka też jest inne i trzeba je na bieżąco modyfikować. Z tej perspektywy zobaczymy, że koszary szkolne dla dzieci to absurd, antyteza edukacji. Mama obserwując swoje dziecko, oddająca mu swoje talenty i czas może dostosować tempo i zakres nauki. Tego nie trzeba się uczyć, to każda mama ma w swoim sercu. Czyli to mama jest wiodącą osobą w nauczaniu domowym? Tak, z pewnością jest to najlepsze rozwiązanie, każde inne będzie tylko lepszą lub gorszą atrapą, szczególnie w przypadku małych dzieci. Więź z mamą, jej miłość jest nie do zastąpienia w każdej dziedzinie życia dziecka. Trzeba sobie to jasno uświadomić. I dla mamy również nie ma lepszego zajęcia na ziemi, niż troska o własne dzieci.
Gimnazjum i liceum mogą wzbudzać lęk. Bo materiał taki trudny. Pomijając to, że większość z nas jest absolwentami szkół średnich, to nawet mając "totalną blokadę" lub nie "mając pojęcia" o chemii, fizyce lub matematyce na nieco wyższym niż podstawowy (2x2) poziomie, podchodzimy do sprawy ze spokojem. Spokój ma być naszym stałym towarzyszem w sprawach domowych, w tym także edukacyjnych. Po pierwsze próbujemy uczyć się z dzieckiem razem i wspólnie "rozgryzać" temat. To wymaga wysiłku, ale przynosi znakomite rezultaty. Nawet lepsze niż przekazanie wiedzy, którą już znamy. Tak też można wspólnie uczyć się języków obcych. Gdy okaże się, że jednak potrzebna jest pomoc z zewnątrz, trzeba jej roztropnie poszukać. Z praktyki wynika, że całkowite powierzenie nauki dzieci nauczycielom, daje negatywne reuzltaty. Nauczyciele szkolni myślą szkolnymi schematami i dzieci szybko zrażają się, przemęczone indywidualną nauką. Lepsze z pewnością są wspólne konsultacje mamy i dziecka. Mama poznaje rozwiązanie problemu, a dziecko nie jest przytłoczone osobą nauczyciela. W Internecie można znaleźć osoby deklarujące chęć wsparcia edukacji domowej. Może to być wspaniała pomoc. Osoba akceptująca nauczanie domowe ma ogromną zaletę w przekazywaniu wiedzy, bo robi to z przekonaniem. W przeciwnym wypadku, jeśli ktoś wyraża wątpliwości, trzymajmy się od niego z daleka w sprawach nauczania. Naszym sprzymierzeńcem w nauce starszych dzieci jest ich samodzielność. Szczególnie jeśli są już zaprawione w edukacji domowej. Na poziomie gimnazjum, a szczególnie liceum powinny już samodzielnie uczyć się, korzystając jedynie z doraźnej pomocy przy rozwiązywaniu problemów przerastających ich możliwości. Starsze dzieci mogą też pomagać przy nauce małych dzieci. Te relacje, szczególnie w dużej rodzinie są bogate, przenikają się. Żywy organizm rodziny to potęga, to najlepsza pomoc w naszych zmaganiach. Wreszcie w rezerwie mamy cichego sprzymierzeńca, mogącego przejąć wiodącą rolę w niektórych zagadnieniach "naukowych". To tatuś, choć zajęty głównie utrzymaniem domu, w wielu kwestiach może być "ostateczną instancją" z racji autorytetu i wiedzy, którą niewątpliwie posiada. Na tak banalne pytania jak najgłębszy punkt w oceanie lub nawyżej położone jezioro w Andach odpowiada bez wahania, a nawet z pewną dozą nonszalancji (oczywiście, pod warunkiem, że w młodości często rozwiązywał krzyżówki). W przypadku pytania opisowego, o budowę ściany komórkowej pantofelka z nutką ironii w głosie może odpowiedzieć, że takich głupot się nie uczył, tym bardziej że był w klasie mat.-fiz. (gdzie jak wiadomo uczęszczały największe "mózgi" w szkole). W każdym przypadku można pędzić do taty z problemami. Nawet jak czegoś nie wie (do czego rzecz jasna się nie przyzna), to motywując brakiem czasu, postara się znaleźć rozwiązanie problemu w terminie późniejszym. Choćby prosząc św. Józefa o pomoc.

 

Na koniec sprawa istotna. Nie zamęczajmy dzieci nauką. Ambicjami, by wiedziały jak najwięcej, próbowały czego się da, tańczyły, grały, były mistrzem szachowym i omnibusem z historii. Strzeżmy się edukacyjnej obsesji, w którą tak wielu dziś popada. Pozwólmy żyć dzieciom i rodzinie. Życie rodzinne to najlepsza szkoła. Wiedzieć trzeba tyle, ile Pan Bóg zaplanował każdemu z nas. I to jest zadaniem rodziców, by razem z dziećmi odkrywać ich powołanie. Pomagać dzieciom je realizować. Dlatego powołanie rodziców jest tak pasjonujące. Tylko kto dzisiaj chce żyć taką pasją?

 

To tyle "dobrych rad". Być może ktoś jest rozczarowany. Myślał, że będzie gotowy rozkład zajęć, schematy godzin lekcyjnych i długość przerw. Tym różni się dom od szkoły, gdzie urzędowa przerwa trwa 15 minut, że w domu przerwa może mieć minut pięć, a mogą to być dwa miesiące. W domu nie ma sztywnych schematów, są zasady ale nie ma regulaminów. Dom to żywy organizm. Szkoła to mechanizm sterowany przez urzędników. Ucząc w domu musimy zerwać ze szkolnym myśleniem, które wciąż nami pomiata, choć już dawno nie chodzimy do szkoły i nie chcemy posyłać tam naszych dzieci.

 

Dajmy się w końcu ponieść naszemu powołaniu, z pomocą Bożą dojdziemy tam, gdzie przygotowane jest miejsce dla nas i dla naszych dzieci.

 

 


Rubinowicz

listopad 2010

 
« Wstecz